Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.

Księga Tysiąca i Jednej Nocy

piątek, 03 czerwca 2011

 

Jak komuś jest dzisiaj źle, to niech sobie posłucha. Chyba, że posiada zaawansoaną arabofobię, to może lepiej nie. Ja nie posiadam. Na mnie ten utwór zawsze działa energetyzująco. W Katarze w najgorszych momentach słuchałam go praktycznie bez przerwy.

 

 

Re

poniedziałek, 05 kwietnia 2010

 

Tytuł notki to oczywiście prowokacja, coby sobie podrasować statystyki;) Post będzie nudny jak świąteczne flaki ze świątecznym olejem. A zatem do dzieła!

W Katarze Chrystus też zmartwychwstał. Alleluja! :)

 

Liturgia Wielkiego Piątku wypełniła kościół i cały plac przykościelny.* W środku odbywało się nabożeństwo w języku arabskim, na zewnątrz po angielsku. Wszystko całkiem po katolicku;)

 

W Wielką Sobotę byliśmy się poświęcić.

 

A to mój piękny (jak zwykle) koszyczek i obiecane w tytule jaja. Zdobienia wykonane oczywiście niezawodnym i wielofunkcyjnym lakierem do paznokci:) Oh, oh, ależ jestem z siebie dumna;)

 

Nasze świąteczne śniadanie zjedliśmy o 6 wieczorem. W Katarze nic nie może odbyć się "normalnie".

 

Śniadanie na trawie oczywiście. I świąteczny full wypas.

 

W roli głównej REWELACYJNA sałata Reginy. Oraz szynka z indyka 20 zł. za 20 deko. Zastaw się, a postaw się;)

 

Po 10 minutach dołączyło do nas stado kotów. Nihil novi.

 

Siedzieliśmy sobie, siedzieliśmy z Muzeum Sztuki Islamskiej w tle.

 

Tak oto wyglądała tradycyjna polska Wielkanoc W Katarze:)

 

Re

 

* Nabożeństwa w Wielki Piątek i msze w pozostałe dni były prawie co godzinę. Świątynia zawsze pełna, a trzeba powiedzieć, że oprócz głównego kościoła rzymsko-katolickiego (czy rzymsko-katowickiego, jak mawiają niektórzy) swoje kaplice mają także inne chrześcijańskie odłamy. Można odnieść wrażenie, że w muzułmańskim Katarze, większość ludzi to chrześcijanie. Co zresztą jest bardzo prawdopodobne biorąc pod uwagę, że 90% mieszkańców, to imigranci.

Aaaa! Jeszcze tylko dodam, że kościół rzecz jasna położony jest daleko od centrum, na środku pustynie niemal i na wycieczkę do niego autobusem trzeba poświęcić pół dnia.

 

piątek, 05 marca 2010

 

W sumie to nie chce mi się nic, pisać zwłaszcza. Zwłaszcza w najszerszym znaczeniu tego słowa. Tak tylko wam chciałam pokazać, jak wygląda WielBłąd, czyli wielki błąd. Ortograficzny.

 

 

Przecież każde dziecko wie, że pisze się

إذهب

 

No a skoro WielBłąd, to jeszcze wielbłąd. A nawet trzy.

 

Re


piątek, 15 stycznia 2010

 

 

Wylądowałam na swojej pierwszej bezludnej wyspie. Nasza łódź się nie rozbiła. Było mniej dramtycznie, bo wszystko zostało wcześniej pieczołowicie zaplanowane.

I tak to właśnie wygląda. Bunkrów nie ma. Ale też jest zajebiście;))

 

Re

 

 

 

czwartek, 07 stycznia 2010

 

Dziś miałam dzień pod hasłem:

Mam ochotę nawpierdalać się czekolady, ożłopać wody mineralnej, a potem spektakularnie rzygnąć.

Nic z tego nie wyszło, bo czekolada tu droga jak huivi co, a wody zimnej pić nie mogę, iż gdyż posiadam gardło podrażnione z powodu nagłego ataku wiosennej alergii w środku zimy. Gardło podrażnione, nos zakatarzony i pociągający, oczy załzawione i uszy zatkane.

Wyglądam przeuroczo, choć nie jest aż tak dobrze, jak ostatnim razem.

Poza tym za dwa dni mam final exams i się nie uczę, bo sił mi brak. Siły wyczerpałam w przeciągu ostatnich trzech dni podniecając się widokiem Federera i Nadala na wietrze. To znaczy ja na wietrze i na trybunie, a oni na korcie. Jakie to miłe uczucie - mieć znów 13 lat. Choć tylko przez 10 minut, bo potem sobie człowiek uświadamia, jakie to głupie i że w ogóle na co mi to zdjęcie z tym, czy z tamtym, czy coś tam. Ja tak nie umiem, tak się przepychać, wyciągać ręcę, dawać fleszem po oczach i piszczeć aaaaaaa. Zupełnie się do tego nie nadaję. Wolę tam swoją zimną obojętność, w której mam wprawę. I taka własnie zimna (zmarznięta?) i obojętna (znudzona?) byłam, gdy moje spojrzenie skrzyżowało się ze spojrzeniem Rafaela N., gdy ten nieoczekiwanie stanął na mojej drodze. A w zasadzie to ja stałam na jego drodze, kiedy szedł otoczony ochroniasrkim kondomem, znaczy kordonem, ale to szczegół. Ważne, że spojrzał mi PROSTO w oczy, a jak już to słusznie zostało zauważone, oczy mam niczego sobie. Och, ach, ech, chwilo trwaj...

A tak w ogóle to próbuję zmolestować Pablo, który zgłosił się jako wolontariusz do obsługi turnieju i został, nie wiedzieć czemu, przydzielony do ochrony Pierwszej Rakiety Świata oraz Drugiej Rakiety Świata oraz ich piłek, żeby mi taką jedną piłkę skołował. Z autografem of kors. Ale jest nieczuły na moją perswazję. Za długo się znamy.

 

 

I taaaak...

 

Re

 

piątek, 01 stycznia 2010

 

Nowy rok przybieżył. I co? I nico. Jak wielkie nico, uświadomił mi odgłos pralki piorącej o 3 w nocy (temat pralki powraca jak bumerang). Nico się zmieniło. Nico się nie zmieniło. 1 stycznia wygląda tak samo, jak nie-1 nie-stycznia. Wczorajszy wieczór też niczym się nie odróżnił od wszystkich przedwczorajszych. Souq wyglądał jak zawsze, shisha smakowała jak zawsze, Corniche o północy był taki sam, jak Corniche o 21 i oczywiście nie było fajerwerków.

Ale fajnie było, nie powiem, że nie. Bez fajerwerków, ale fajnie;) Kilmatycznie. Multikultorowo. Padały zdania w tylu językach świata: po angielsku, po arabsku, po chińsku, po koreańsku, po francusku, po polsku, po ukraińsku, po malezyjsku, po indonezyjsku, po hiszpańsku... Shisha, turkish coffe, toast wzniesiony wodą mineralną. I jedno wspólne postanowienie wszystkich niewiast: stay gorgeous!

Dwie godziny później obchodziłam polskiego Sylwestra z Halszką przez internet i z butelką piwa. Też było fajnie. Też było jak zwykle. Choć trochę inaczej.

A teraz, cóż? Czas wziąć byka za pas i rogi za nogi i dalej żyć. Przez kolejny okrągły rok.

Niech się darzy!

 

Re

 

czwartek, 17 grudnia 2009

 

Gdyby ktoś rok temu powiedział mi, że wyglądając jak czarna Buka będę wymachiwać palmą w rytm tradycyjnej pieśni katarskiej na stadionie sportowym przed możnymi "tego świata" oraz publicznością mnogą jak ziarnka katarskiego piasku, wybuchnęłabym śmiechem, upadła na głowę, stoczyła się do rynsztoku, a na koniec zrywając boki uroczyście przeniosłabym się na Łono Abrahama. A tu proszę - wczoraj, drodzy państwo, właśnie coś takiego miało miejsce. Nie wierzycie? Nie? Ani trochę?

Ale czy te oczy mogą kłamać?

 

Wszysko oczywiście i jak zwykle przez Pablo.

Pablo postanowił zaangażować się w uroczystości związane z Dniem Narodowym. I się zaangażował. Pewnego dnia dowiedział się od szefa swojej grupy, że jest poszukiwana kandydatka na stanowisko Narzeczonej. Od razu w głowie mojego companierro zaświtała szatańska myśl, że ja się do roli tej na dam. Przedstawił mi ideę, a ja stwierdziłam, że jednak się nie nadam i powiedziałam: niet. Ale Pablo widocznie należy do tych, którzy uważają, że jak kobieta mówi "nie", to znaczy "tak" i bez mojej wiedzy zgłosił mnie do zawodów. Jak przyszło co do czego, moja scena została skasowana i z egzotycznej narzeczonej zostałam zdegradowana do roli zwykłej kobiety arabskiej. Bywa. Potem okazało się, że mam tańczyć... Oczywiście nie sama - w tłumie. Miało być około 25 dziewczyn, ale trzy dni przed pokazem, jakoś nikt się na próbie nie pojawił. Zorganizowałam kilka dziewczyn z Programu na prośbę szefa mojej grupy (mrauuu).

Pierwsza próba była jednym wielkim bałaganem. Druga jeszcze większym. No i w dalszym ciągu było nast tylko 5. Wysłałam więc mejla do szefa (mrauuu), żeby lepiej doorganizowali jakieś kobitki i to najlepiej Arabki, bo tradycyjny katarski taniec zostanie wykonany przez dziewczyny z Polski, Nigerii, Sierra Leone i Korei Południowej, a to niezbyt katarskie towarzystwo, nieprawdaż? I że jak się nie zbiorą do kupy i nas tańca w końcu nie nauczą, to my mówimy adios, aloha i już nas nie ma, wynocha. Najbardziej wkurwiło mnie to (dziś dzień bez przeklinania, moi drodzy), że było tam pięć Katarek, które nic nie robiły oprócz walking, chating i calling. Oraz oprócz rozprawiania o rzeczach, które powinny być ustalone dwa miesiące wcześniej. Na przykład, jakie kroki powinny być uwzględnione w tańcu, a jakie można pominąć. Ale żadna pańca srańcia nie miała ochoty zatańczyć z nami, bo one są stowrzone do wyższych celów - do organizacji. Tylko do kurwy nędzy, trzeba jeszcze mieć trochę oleju w głowie i jakichkolwiek umiejętności. Lepiej zakończę ten wątek, bo nie mam ochoty znów się denerwować.

Skończyło się na tym, że było nas chyba jedenaście - żadnej Katarki rzecz jasna - i po trzech próbach doszło do występu. Poszło nieźle, al-hamdu-lilla, ale gdyby odbyła się przynajmniej jeszcze jedna próba,  byłoby o niebo lepiej. Cóż...

 

Idea była taka:

 

W naszym wykonaniu idea przybrała nieco inną formę... Ale też było zajebiście.

 

Ładnemu, we wszystkim ładnie, czyż nie?

 

No, dobra. Marnie to wygląda, wiem, ale przynajmniej pisali o nas w gazetach.

 

Re

 

Aha - Zupełnie przez przypadek na jednej z tych trzech prób poznałam Superszefową całego tego zamieszania, która tak na marginesie jest przeurocza. Na tej samej próbie Katarki nabijały się z nas - nie wiem - z tego jak wyglądamy, czy z tego jak się ruszamy, czy hiuvi z huiczego, aż im jedna Egipcjanka powiedziała, że to w końcu ich tardycyjny taniec i jak są takie mądre, to niech same tańczą. Mnie przy tym nie było, ale jak mi donieśli (a raczej doniosły), to się zezłościłam. A ci, którzy mnie znają wiedzą, że potrafię być impulsywna;) więc na słodkie pytanie Superszefowej: Łot hepend, Regi Łaj ar ju engry? nie mogłam nie powiedzieć, co leży mi na wątrobie. A leżało mi sporo, bo się nazbierało przez te trzy dni. W dniu występu wszyscy byli tak zajebiście uprzejmi i tak stokrotnie dziękowali, że myślałam, że zaraz zlecą się pszczoły od tego kipiącego zewsząd cukru.

Ale powiem wam jedno - usłyszeć "dziękuję" od Katarczyka - BEZCENNE! A od takiego.. no wiecie... Mrauuu... to nawet... jeszcze bardziej;)

 

wtorek, 03 listopada 2009

 

Czyli słów kilka o tym, jak motywuje się studentów w Katarze.

W tamtym tygodniu, bodaj w czwartek, na zajęciach u Rashy mieliśmy pracę w grupach. Musieliśmy rozwiązać jakś krzyżówkę, czy coś. Trochę to skomplikowane było, moja przeurocza grupa za nic w świecie nie mogła skumać co zacz i o co cho? W związku z czym dostaliśmy trzy razy ochrzan za to, że nie współpracujemy. W końcu jak zaczęliśmy współpracować, okazało się, że jesteśmy najlepsi i wygraliśmy. W ogóle okazało się, że to jakieś zawody były. Na szybkość. I na poprawność. Byliśmy najszybsi i mieliśmy 100-procentową skuteczność.

Rasha powiedziała, że po idżazie (czyli łikendzie) wszyscy dostaniemy słodycze za to, że tak wytrwale pracowaliśmy, a osoby z mojej grupy za zwycięstwo otrzymają także niespodziankę...

I otrzymaliśmy. Ale nie takiej niespodzianki się spodziewaliśmy...

Myśleliśmy, że dostaniemy długopisy, czy zeszyty z logo Qatar University, albo dwa pączki więcej niż inni, a tu... Chłopcy dostali perfumy Armaniego, a dziewczyny kosmetyki Kanebo...

Moja grupa liczyła pięć osób...

You do the math...

 

Re

 

środa, 21 października 2009

 

Życie może stać się samospełniającą się przepowiednią. Wystarczy trochę samozaparcia, wewnętrznego zawzięcia oraz wizualizacja. Nie wierzycie, co? Regina też by nie wierzyła. Ale coś takiego przytafiło się jej osobiście.

Kiedy jeszcze była w liceum, wszyscy pytali ją o powód jej szaleństwa: "dlaczego, ach dlaczego chcesz uczyć się arabskiego?"

Odpowiadała: "dlatego, ach dlatego, żeby zostać ambasadorem w Zjednoczonych Emiratach Arabskich".

Kiedy potem człowiek trzy razy nie dostaje się na wymarzone studia, które miały doprowadzić do ambasadorowania, może go dopaść lekkie zniechęcenie. Ale Regina nie chciała poddać się beznadziei. To znaczy oczywiście, że chciała. I poddała się. Ale musiała studiować, pracować, przeprowadzać się i żyć. I chciała. Choć nie, wcale nie chciała. Musiała studiować, pracować i przeprowadzać się - żeby żyć. Choć tak naprawdę wcale nie musiała. Ojej, noo - to skomplikowane.

W każdym razie w końcu dotarła do Krakowa, choć była to podróż dłuuuga. I przez Zakopane - ale to bajka na inny wieczór...

Dobra rozumiem, mam się streszczać. Się robi.

Minęło trochę czasu i oto nasza bohaterka jest w swoim pierwszym kraju arabskim. W Katarze. Rzut beretem od Emiratów (którymi zresztą już od dawna się nie podnieca). W dodatku rok temu odnalazła się jej "Ciocia" dziwnym trafem mieszka  sobie ona w... Dubaju... Cóż za koincydencja...

A co do tego ambasadora, o którym już wszyscy zapomnięli - dziś Regina usłyszała, że nim jest:) Mimo braku oficjalnej nominacji Prezydenta Najjaśniejszej RP, na wniosek Ministra Spraw Zagranicznych tejże, Re jest ambasadorem kultury polskiej tu oto. Nie tylko dlatego,  że na każdym kroku pepla, jaka to Polska jest piękna (i z głebi duszy to mówi, bo zaiste tak uważa), że w Polsce najlepszy chleb, najlepsze ziemniaki i najładniejsze dziewczyny... To wszystko przyćmione jest przez fakt, że połowa znanych tu Reginie osób już mówi po polsku, a druga połowa chce zacząć :)

A było tak...

Pewnego dnia na zajęciach nauczyciel arabskiego, nazwijmy go Ahmed, poprosił pewnego Wietnamczyka, nazwijmy go Li, żeby powiedział "dzień dobry" po wietnamsku. I Li powiedział. Następnie Ahmed powiedział po arabsku zdanie i poprosił pewną Polkę, nazwijmy ją Redżi, żeby przetłumaczyła na polski. I przetłumaczyła:

"Chcę usiąść na krześle."

Studentów ogarnęła niepohamowana radość. Redżi została poproszona o powtórzenie, więc powtórzyła. Na co Ahmed odparł, że te nieartykułowane dźwięki śiszyczyćiszyczśiyszśćyiśćszy mową polskę być nie mogą i że Redżi na pewno oszukuje:) Śmiechu było co niemiara.

W przerwie do Polki podeszła pewna Nigeryjka, nazwijmy ją Suad, i porosiła żeby Redżi nauczyła ją owego "Chcę usiąść na krześle". Do Suad i jej nieudolnych prób powtórzenia zdania dołączyło wkrótce kilka innych osób. Oczywiście nikt nie mógł zdania tego zapamiętać. Redżi niezrażona porażką ;) w dziedzinie edukowania innych, postanowiła wyciągnąć nieco lżejszą artylerię, dzięki czemu teraz wszyscy witają ją słowami: "Czyść! Jak sie masz? Dobrzie?" :) Co więcej witają ją tak nawet ci, których wcale nie uczyła, albo nawet tacy, których wcześniej nie znała :) Inni obecni tu Polacy też są zdziwni, gdy nagle przyjdzie im usłyszeć "cześć" czy "siema" od Chińczyka lub Tajki :)

Dziś w autobusie Redżi usiadła obok anglofońskiej koleżanki, nazwijmy ją Kristiną, i miło sobie pogawędziły:

K: Dziń dobri!

R: Dzień dobry! :)

K: Jak sie masz?

R: Dobrze, dziękuję. A ty?

K: Zmęczona :)

Jej mama jest Polką, więc od razu widać że dziewczyna ma ten język we krwi.

Reszta rozmowy odbyła się już w znienawidzonym przez Redżi języku angielskim:

R: Jak to możliwe, że wszyscy tu chcą uczyć się polskiego?

K: Przez ciebie. Jesteś tutaj ambasadorem kultury polskiej.

 

Za krzewienie mowy ojczystej należy mi się jakiś medal! :) Albo przynajmniej tort. Ambasador oczywiście.

 

Re

 

piątek, 02 października 2009

 

Dwie rzeczy tutaj rozczarowują. Mnie.

Bo co mnie obchodzą inni ;)

I tak  (JEDEN)

Zanim tu przyjechałam, wyobrażałam sobie, że będzie to raj dla moich włosów. Ciepłe wilgotne powietrze zazwyczaj robi im dobrze. Niestety. Dupa. Tutaj jest za ciepłe i za wilgotne i moje włosy na pewno nie umówią się z nim na kawę.

Właśnie! (DWA) Kawa...

Byłam przekonana, że co do kawy, to będę tu pijąc ją co najmniej trzy razy dziennie dostawała mini orgazmów. A miast... Wlewam w siebie rozpuchola, czyli produkt kawopodobny, blee... Ale to się zmieni! Kupie se sfojom i bede miedź. A co!

Stać mnie ;)

 

Re

środa, 30 września 2009


Nie wiem jak wy, ale ja sie nie nudzę. Jestem na zajebistych wakacjach. Pewnie do niedzieli, bo wtedy startujemy z zajęciami.

Jestem tu kilka dni, a mam wrażenie, że od mojego przyjazdu minęły tygodnie. Czuję się to tak... normalnie -jest to zaskakujące nawet dla mnie samej.

Pogoda mnie nie zabija! Najmilsza niespodzianka ever! To chyba jednak moje klimaty. Opatulam się, bo wtedy słońce tak bardzo nie parzy, a w pomieszczeniach nie zamarzam od klimy - w tym szaleństwie jest metoda, serio!

Jedzenie mi bardzo smakuje - do Pol wróce dwa razy grubsza i przez drzwi będę musiała przechodzić bokiem.

Wszyscy tu są bardzi mili, a dziś był nawet Dzień Dowartościowania Reginy - słowiańska uroda zaczyna wzbudzać zainteresownie :) A wczoraj jedna muzułmanka na suku podarowała mi i K. perfumy tylko dlatego, że K. z nią chwile pokonwersowała.

Doha mnie kocha, a ja kocham Doha!


Re

 

I jeszcze kilka fot z cyklu Wieczór Na Suku:

 

 

 

 

 

Ps. Nigdy nie robiłam zdjęć (zwsze robiona zdjęcia mnie;)) więc przepraszam, że krzywo, ciemno i do ideału daleko. Może przez rok się podszkolę:)

 

 

niedziela, 27 września 2009

 

Witam Was, moja droga Kapelutkowa Publiczności!

Wszyscy w napięciu czekają na wieść, czy Airbus relacji Frankfurt-Doha spektakularnie wylądował... w wodzie. Otóż nie, kochani. Wylądował zupełnie nudno i normalnie na lotnisku. Cóż, zdarza się.

Oczywiście na pisanie czasu ni ma, ale że jutro test z języka, to jakże mogłabym się uczyć? Nie byłabym Reginą.

A zatem... W telegraficznym skrócie.

W samolocie namber łan, wraz z Panem P. ubzdryngoliliśmy się jednym piwem (jednym na łeba of kors). Towarzyszyły nam wesołe turbulencje.

W samolocie namber tu, ja i mój kompan zabombiliśmy przy odbieraniu kart pokładowych i wylądowaliśmy w dwóch róznych częściach samolotu - on obok mlaskającego przy jedzeniu Azjaty, a ja...

A ja nie miałam tyle szczęścia i tak: siedziałam z grubym anglofonem. Ale przynajmniej nie śmierdział, jak anglofon Jol z autobusu do Tallina. Za to zasnął z łokciem wywalonym na podłokietniku, w którym był pilot do mego tv - zapamiętajcie tę informację, bo będzie ona kluczowa dla dalszej części opowieści.

Po drugiej stronie przejścia siedział gruby, a jakże jakiś-tam-fon-nie-wiem-jaki i przez całe 5,5 godziny CHRAPAŁ!! Myślałam, że go zabije. Serio. Zwłaszczw wtedy, gdy po ciężkim boju z sobą udawało mi się zasnąć i zaraz budziło mnie jedno głośne chrapnięcie.

Teraz powinien w tej historii pojawić się kot, miauczący przez cały lot, ale nie musi. Płaczące dziecko w pełni go zastępiło.

Miałam ochotę się wysadzić. Cokolwiek to znaczy. Albo chociaż się od nich wszystkich odseparować, ale nie mogłam se filmu obejrzeć, ani zapodać muzy, bo pan mi łokciem blokował dostęp do pilota. Do Pilota blokowało mi dostęp 15 stewardes;)

Dzieje się dużo. A czasu jest mało. Ale jeśli tylko chcecie czytać, to Regina znajdzie dla Was czas:)

Odmachuję wszystkim, którzy do mnie machają - Re

 

 

Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl