Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.

Weselne "Ja pierdolę"

piątek, 29 kwietnia 2011

Ślub ślubem, książę książem. Wszystko pięknie, ładnie. Nie mam nic do ślubu książęcego, życzę im wszytskiego najlepszego, w ogóle, uważam, że to cudowne, że sie kochają, chcą być razem, biorą ślub, są dziedzicami tronu. Sama przez to przeszłam. :) Mam nadzieję, że będą chociaż w połowie tak szczęśliwi jak ja z Panem M :)) Nawet, że będą tak samo szczęśliwi... No dobra, niech stracę - że będą nawet bardziej szczęśliwi niż ja z Panem M. A co! Każdy powinien być szczęśliwy:)

Tylko jedno mnie wkurza, troszeczkę. Ociupinkę. Źdźiebeczko. W żadnym radiu, jadąc w samochodzie, nie mogę od rana posłuchać muzyki. Nie ważne - dobrej czy złej. Żadnej. Przeciez jak stoję jak ten ... w tych ... korkach to chociaż bym sobie pośpiewała na umilenie czasu. A tu nic. Wszędzie albo suknia, albo kuchnia, albo "kto za to wszystko zapłaci", albo "jak wy, Brytole, to robicie, że cały świat sie interesuje waszym książecym ślubem"? No jak? Skoro w każdym radiu, na każdej częstotliwości w kółko od rana tylko o tym się gada, to jak cały świat ma się nie interesować? Musi się interesować.

A może księciowe wcale nie chcą, żeby wszyscy się interesowali? Może te wszytskie akty uwielbienia, gesty i protesty nie są im do Nietzschego potrzebne, może chcą mieć taki ślub jaki miała taka jedna Jolanta z Chudowa - kameralny, w gronie przyjaciół, w pięknym gotyckim kościele, wesele w orientalnej restauracji, z uroczym zespołem jazzowym (od tego czasu, nawet trochę polubiłam jazz :)) Może taki chcą mieć? A nie fanfary, sztuczne ognie i iluzja z pająkiem.

Ci księciowe to jednak mają przerąbane.

Mimo wszytsko muszę sobie kupić odtwarzacz. Tzn. mój księciu mi musi kupić :) 

 

JOL.

 

* ...no chyba, że Wojowniczą.

sobota, 31 lipca 2010

 

Nadszedł dzień, w którym Panna Jola z Chudowa stanie się Panią Jolantą M. Już tylko godziny dzielą nas od tego wiekopomnego wydarzenia.

Ach, co to będzie za ślub!

 

Re

 

 

piątek, 18 czerwca 2010

 

obrączki (kapelutki.blox.pl)

Roman tyź mnie wyhaczył :)

 

JOL

sobota, 05 czerwca 2010

 

Własniem sobie uświadomiła, że nic wam nie mówię o moim weselu. Prawda, że jesteście ciekawi tego tematu? No ja jestem.

Otóż ślub i wesele będzie zuuuupełnie inne niż wszytskie. Zuuuuupełnie. I nie, nie będę Xeną wojowniczą księżniczką (hmmm, to nie jest zły pomysł...), ani nie będziemy się z Panem M mordować piłami mechanicznymi. Po prostu wszystko jak na razie zmierza do totalnej prowizorki, ale prowizorki wedle naszego pomysłu.

No bo jak tak popatrzymy, to slub już w lipcu, a my w sumie jesteśmy trochę w dupie (prawda, że trochę jesteśmy Panie M?). Jedyne, co jest to lokal, poł sukni, garnitur bez koszuli, zamówienie na placki i zamówienie na obrączki (które pewnie i tak będą trójkątne a nie okrągłe i srebrne a nie złote, bo tak podobno się dzieje przed ślubami - jubilerzy dostają amoku).

Zaproszenia, które w pocie fotoszopa sama tymi ręcami i tymi głowami wymyśliłam i zrobiłam (są rewelacyjne, mówię wam) też narobiły problemów. Otóż tydzieś temu pani w drukarni była rzekła, ze wszytsko będzie ok, ze da się, że super, że oj aj waj i coś jeszcze. Po czym oddane do druku we wtorek przeczekały tam do środy wieczorem, kiedy to drukarnia zadzowniła i obwiescila radosną nowinę, że pierwszy raz od 10 lat zepsuła im się maszyna i nie wydrukują, że może w piątek a może nie.

A w czwartek był kataklizm, tak? Czyli święto. Wszytsko zamknietę, łącznie z windami i wejsciami na klatki schodowe (budynki tez chcą miec wolne). Toteż czekałam cierpliwie do piatku rano, ażeby usłyszeć drugą radosna nowinę pani z drukarni, że serwisant nie dojedzie ani nawet nie dojdzie, więc mogą mi wydrukowac ...nic. A w piatek juz umówiona byłam z ciotkami (i białe koszule po sznurze szły, jak mówi piosenka).

No ale Jolka sie nie poddaje, więc poszła w deszcz, powódź, wichry i huragany szukac w piątek innej otwartej drukarni. Przeszła pół miasta i znalazła. Drukarnie, gdzie Pan nie dośc, że Jolkę opieprzył, że takie co to, to to nie nadaje sie do druku (ale za to był pod wrażeniem pomysłu , za co już go lubię :))) i , że poza tym jest piątek i oni tu nie będa siedzieć i w ogóle i że każdy klient tak mówi (to odpowiedź na moją konstatację, że jak będę wychodzic za mąż następnym razem, to juz przyniosę poprawny projekt).

Ale mowię panu, że jak nie będe mieć chociaz kilku zaproszeń dziś, to mi ciotki odjadą i kiedy ja im te zaproszenia dam, hę? No i sie pan wziął i zlitował i wydrukwał (swoja drogą, nie wiem o co mu chodziło, MISIE ten format zaproszeń podoba).

Tryumfalnie wyszłam z drukarni z zaproszeniami w liczbie 6 (słownie: sześć) i pognałam do rezydencji, co by się przygotować na spotkanie z ciotkami. A tu dzwoni Pan M i mówi, że zaraz będą go ewakuować, bo powódź, rzeka wylewa, wały pekają i, że dziś nici z ciotek. Jak nie urok to powódź.

Z wielką wodą nie wygrasz, więc ciotki i zaproszenia odłozone zostały na kiedyś tam. Powódź na szczeście nie przerwała wałów, ewakuacji nie było, ale był stres i nocne czuwanie (przy czym jeden z sąsiadów czuwał na wale mierząc linijką spadek poziomu wody).

A wracajac do wesela - to poza tym, nie ma nic. Z zespołem nie mogą sie od 2 miesięcy spotkać, bo zawsze jak ja jestem tu, oni są tam i vice versa. Goście zza granicy nie odpisują i nie wiem, czy będą czy nie. Wódki nie ma (to pewnie nie będą :)). Noclegów mam trochę mało, chociaż noclegów nigdy nie jest za mało, bo zwykle wychodzą rano i unoszą się nad terenami podmokłymi, niosąc na barkach swojego guru - Obiada. Pomijam już fakt, że nazwisko wybrałam pod presją czasu i ponaglającego wzroku pani z urzędu, oraz, że podpisałam w urzędzie wiele papierów, ale żadnego nie przeczytałam bo byłam zamroczona faktem, że nie będę ci juz panienką!

No i nie mam świadkowej! I tu zakończę moją pasjonującą opowieść zaproszeniem na wydarzenie roku, czyli

WALKĘ W KISIELU

Regina Falangi versus Królowa Halszka

JUŻ W PRZYSZŁĄ NIEDZIELĘ!

tylko na www.kapelutki.blox.pl

JOL.

piątek, 21 maja 2010

(tytuł notki jest cytatem z Pana Dziwnego i Pana B., żeby nie było)

Odejdźmy juz od tematów szukania pracy, bo to się juz nudne robi. Wejdźmy w temat nudniejszy czyli miłość. Otóż zauważyłam, że jakoś łatwo mi poszło ogłoszenie, że wychodzę za mąż, jakby to było coś tak oczywistego, jak oczywista oczywistość i w oooogóle nikogo, poza Wenus, nie ruszało. No jest sobie Jolanta z Chudowa i jest sobie Pan M., znają się od jakiegoś czasu, to czemu nie mieliby się pobrać? No tak to wyglądało. Na blogu. Ale w życiu wyglądało to dużo gorzej i sprawa jest po stokroć poważniejsza. 

I wcale nie mówię o konieczności stosowania ekwilibrystyki umysłowej, ażeby przekonać Pana M. do ożenku ze mną (kto jeszcze w to wierzy, niech sobie to przemyśli w sumieniu swoim). Mówię o tym, że cała nasza droga do poboru... pardon! .. do pobrania ...się.. nie była łatwa. Znamy się kupę lat, trochę ze sobą byliśmy a trochę się rozstawaliśmy. Zaręczaliśmy się z tuzin razy i tyle samo wszystko szło się krochmalić z powodu nie wiem czego (pewnie różnica charakterów). Jednego dnia nie widzieliśmy niczego poza jej/jego twarzunią a następnego nie widzieliśmy świata poza jej/jego paskudnym gębulcem.

No i z tuzin razy pytaliśmy siebie: „Leo WHY?” skoro nie wchodzi się sześć razy do tej samej rzeki? I tu nieśmiało, acz całkiem przekonująco zapala się lampa z napisem: miłość. A co to jest miłość (i to nie jest pytanie retoryczne, więc czekam na propozycje w komentarzach).

Oprócz tego, że miłość to jest LOVE w serduszku czerwonym koniecznie puchatym, to co jeszcze? I doszliśmy do wniosku, po ciężkich bojach myślowych, że oto miłość to zapach. Tak, jak pomyślę o najfajniejszych zapachach, jakie znam, to zaraz po zapachu selera, przychodzi mi na myśl zapach Pana M. (albo najpierw Pan M. a potem seler), a zaraz za nimi Gianfranco Ferre. W każdym razie, zapach. Zapach, którego pewnie inni nie czują, a nawet jak czują, to nie robi na nich wrażenia, bo TO NIE JEST miłość. A ja, kiedy czuję Pana M., zachowuję się jak rodzice na wywiadówkach klasy A w liceum w Białymstoku – czyli mdleję z rozkoszy (kto chodził, ten wie).

I to utwierdza mnie w przekonaniu, że

a) ludziom wcale nie tak daleko do zwierząt, co oczywiście naturalnie pociąga za sobą zakaz ich zjadania,

b) kocham Pana. M.

Puenty nie będzie, bo ostatnio spędziłam dużo czasu z Królową Halszką i prawie nauczyłam się konstruować historie jak-zwykle-bez-puenty. A nie! Będzie mała puenta. Albo raczej klamra. Wracając do początku wpisu – miłość jest fajna, ale to strasznie nudny temat na blog, zakończmy więc na tym, że ten ślub JEST NA POWAŻNIE i wcale nie jest tak, że osobami, które najbardziej się z tego cieszą są Wenus i jej wnuki. :)

 

JOL.

czwartek, 15 kwietnia 2010

Po tygodniu przygotowań slubnych stwierdzam: juz wiem, czemu wiara katolicka zabrania rozwodów (tj rozwodów i ponownych ożenków). Bo to bardzo madra wiara jest. A ja jestem wierząca więc powiem: JA PIERDOLE!!! Mialam mocne postanowienie azeby nie dac sie wszystkim przedslubnym, weselnym szalenstwom i postanowienia dotrzymam. choć jest ciezko i musze zmagac sie z karcacym wzrokiem pań w salonych sukien slubnych.

Ci co wiedza, wiedzą, ze suknie zaczełam szyc sama. Zaczela wychodzic ładnie i skromnie, Tak jak chcialam, ale napotkalam nieprzewdziana przeszkode w postaci braku manekina. Bez manekina ani rusz. No wiec przeszla mi przez glowe mysl jak szczala, ze moze jednak by isc i zobaczyc jak to jest przymierzyc suknie i w ogole i w ogole. Raz w zyciu, to se newrati, kazdy to robi i co powiesz wnukom Wenus. No to poszłam.

Poszłam i dalam sie skusic sukniom. No suknie pikne, zwłaszcza jak ktos jest tak ładny jak ja :) to we wszystkim wyglada ładnie, nie? TYlko problem polega na tym, że ja mam bardzo precyzyjna wizje tego co chce, ktora to wizja niekoniecznie wspolgra z panujacmi w modzie slubnej tredami (co to kurwa jest moda sluba???). Chce azeby suknia nie byla pompatyczna, zeby NIE miala gorsetu, NIE była bufiasta, NIE byla ciezka, NIE miala trenu  i w ogole zeby była prosta, ale żeby:

- miala dekolt w serek

- ramiona na plecy i bedace czescia sukni a nie doszywane

- byla dopasowana w talii, bo jak sie ma ose talii czy tez talie osy to grzech nie podkreslic, nie?

- zeby byla lekka

Taka suknia Marilyn.

Mało takich sukien jest, ale znalazło sie kilka, dwie. Tylko problem w wadze. Otóz mnie krew doslownie i w przenosni zalewa jak mam byc w czyms co wazy wiecej niz ja, wiec kategorycznie chce azeby wyciagnac halke, wyciagnac kolo, wyciagnac co sie da, zostawic jedną, dwie warstwy materiału, bo ja sie skoncze w tym, to lipiec bedzie, ja cież pierdole, nie?

I musze sie spotykac ze wzrokiem pan z salonow mowiacym: nooo, ale jako to tak? Bez trenu? Bez welonu? Bez pompy? Tak, bez pompy. No to ok. Dziwne, ale ok. Ale tak czy siak kosztowac to ma ze 2 tys. złotych polskich, co wydaje mi sie kwota zajebiscie niebotyczna za kawal materialu i to jeszcze w nie-kapelutkowych kolorze!

No i oczywiscie beda to szyc 3 miesiace. Kurwa, trzy miesiace, 2 tysiące:(( Paranoja. No i jeszcze dodatki? Jakie dodatki? Dodatki to mogą w być do sałaty, a jakie dodatki moga byc do sukni? Kura na głowie? Nie chce kury na głowie, nie chce rekawczek, nie chce bolerka, nie chce diademu, nie chce kolii, nie chce parasolki. I nie dlatego, ze chce inaczej, tylko NIE podoba misie. Czy ja jestem wariatką bo nie chce kury na głowie?

Jak ktos mnie widzial kiedys na jakiejs imprezie typu sylwester, to wie, ze jedynym dodatkiem jest czerwona roza, ktora zawsze pasuje, jest zajebista i kazdy zwraca na nia uwage.

I teraz nie wiem czy mam brac, czy nie brac. Czy isc za głosem tłumu, czy za głosem serca? Tyle ze głos serac mowi tez: jak chcesz wygldac po swojemu to bedziesz musiala poswiecic jeszcze z miesiac na szukanie takiej sukienki albo uszyc swoja i liczyc sie z tym, ze nie wyjdzie. I zeby byla jasnosc: suknia, ktora mierzylam PODOBA MI SIE. Jest piekna, ale coz tego skoro bede wygladac w niej, tak jak nie chcialam: czyli pieknie ale po ichniemu. A ja chce po mojemu.  I co zrobic?

Czy kto mnie tu rozumie? Bo sama sie już nie rozumiem. Ale to jaest jakas kołująca atmosfera, ktora sie udziela, jak tylko sie ogłosi, ze sie bierze slub. Bez sensu. Moze wskoczymy do dołu i pobierzemy sie jeno w przepaskach na biodrach w towarzystwie krzaku jałowca?

 

 

JOLJOLJOL;((

 

Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl