Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.

Jak żyć?

niedziela, 23 sierpnia 2015

 

Spośród Królowych byłam pierwsza. Wkrótce po mnie dopadło Jolantę. Potem długo długo nic, aż do dziś, kiedy z rzeczywistością przyszło zmierzyć się Halszce...

Regina: Witamy w Klubie 30. Dajesz radę ze świadomością, że młodość bezpowrotnie minęła? :P Najlepszego na kolejne 30 lat! :)

Halszka: Dzięki :( Nigdy się z tym nie pogodzę ;(

Pan Dziwny kiedyś dobrze określił 30-ste urodziny. "To w sumie taka fajna rocznica - okrągła, ale jeszcze nie smutna" :) Wenus wciąż z dwójką z przodu. Ale już nie długo. Jeszcze tylko kilka dni i nocy :) To jest nasz odcinek "Przyjaciół". Ten konkretny. The one where they all turn thirty.

 

 

Re

 

poniedziałek, 09 lutego 2015

 

Wielkie odliczanie

Od pewnego czasu mam wrażenie, że niektóre osoby z mojego otoczenia czerpią perwersyjną przyjemność z przypominania mi o tym, że wkrótce skończę 30 lat. Jeszcze kilka miesięcy temu miałam dystans do całej sytuacji. Do wieku. Do komentarzy. Czułam się dobrze, czułam się atrakcyjna i miałam wrażenie, że czas działa na moją korzyść. Czułam się coraz dojrzalsza emocjonalnie, a przecież wszyscy wiedzą, że depresja, huśtawka nastrojów i czarny kapelutek były do tej pory moimi życiowymi towarzyszami niedoli. Tymczasem taki zwrot akcji, a w centrum wydarzeń ja - pewna siebie, swej kobiecości i inteligencji Regina.

 

Młodość mija, a ty niczyja

Początkowo dyskretne aluzje traktowałam z przymrużeniem oka i puszczałam mimo uszu. Ale gdy niespodziewanie tematyka sentencji kierowanych pod moim adresem przestała ograniczać się li i jedynie do stwierdzenia, że jestem stara, a zaczęła niebezpiecznie oscylować wokół tego, że jestem niezamężna, a co gorsze bezdzietna, trochę się wkurwiłam. Początkowo. Potem ogarnął mnie smuteczek. Przekonwertowałam sobie bowiem bardzo szybko wszystkie zasłyszane teksty w jedno niezwykle depresyjne motto: "Jesteś beznadziejna, nic w życiu nie osiągnęłaś!" (W domyśle: ani w sprawach osobistych, ani zawodowych.)

 

Kryzys wieku średniego

Dość szybko okazało się, że moje słabe samopoczucie przekłada się bezpośrednio na wygląd zewnętrzny. Cienie pod oczami, szara cera, matowe oklapnięte włosy, zgarbione plecy i oponka wokół pasa... Swój niebagatelny udział w tym procesie miały z pewnością: stres, zwiększona ilość substancji smolistych wchłanianych do organizmu oraz rogale czekoladowe z rana. Czy może być gorzej?

 

Rycząca 30-stka

Postanowiłam, że nie będę walczyć z kryzysem. Po prostu poczekam aż minie. A jeśli nie minie do moich 30-stych urodzin, wtedy wezmę się w garść. Przecież i tak nie będę mieć wyjścia. Łudzę się, że mimo iż perspektywa zamknięcia pewnego okresu w życiu jest przygnębiająca, to gdy już to nastąpi, zwyczajnie "jakoś to będzie". Wyryczę się porządnie w dniu urodzin (zresztą jak co roku), a potem po prostu będę żyć! :)

 

Re

 

poniedziałek, 28 lipca 2014

 

Nie, nie będzie o jednym z filmów Woody'ego Allena. Nie będzie prześmiewczo ani ironicznie. Będzie na poważnie. Będzie o tym, jak kończy się prawdziwa miłość. Taka miłość, która zdarza się raz na milion, zwyczajnym ludziom. Taka, której chciałby doświadczyć każdy. Poznałam ich, gdy byli już staruszkami i znałam ich tylko z opowieści, ale...

Przeżyli ze sobą pewnie z pół wieku. Byli niecodzienni - on zawsze elegancki, ona trochę szalona. Nawet imiona mieli wyjątkowe. Byli jedną z tych uroczych starszych par, które czule trzymają się za ręce podczas spacerów. 

W końcu stało się. Padło na niego. Diagnoza - Alzheimer. Powoli gasło w nim życie, aż w końcu nadszedł TEN dzień. Ona opiekowała nim się przez kilka lat postępującej choroby. Dbała o niego, karmiła i myła - gdy już tylko leżał. Spała z nim do końca w jednym łóżku i tuliła nocami. Gdy umarł płacząc zapewniała wszystkich, że ona na pewno go nie przygniotła...

 

Re

 

czwartek, 29 maja 2014

 

Czasami mam tak, że czuję totalną bezradność. Każda potencjalna decyzja byłaby i tak tą najgorszą. Dlatego nie robię wtedy nic. Nie reaguję w żaden sposób. Staram się przeczekać. Choć chyba jest to najtrudniejsze wyjście z sytuacji. Mam ochotę eksplodować. Spuścić bombę atomową na świat. Albo chociaż usiąść i się popłakać. 

Zadaję sobie pytanie, które zadaje sobie miliony istnień. Dlaczego ja? 

Wiecie, jak to jest żałować i nie żałować jednocześnie? Toczyć z własnymi myślami nieustanną walkę, która trwa nawet, gdy się śpi? Układać wielki plan ucieczki z Alcatraz, którego potem nie ma się odwagi albo sił zrealizować?

Wiecie, jak to jest, gdy błahostka urasta do rangi problemu gabarytów Nanga Parbat? I ani tego obejść, ani przeskoczyć. Bo już urosło. Jest wielkie, strome i ostre. Jak skruszyć taką skałę?

Wiecie, na pewno. Każdy tak ma. 

Znacie ten paraliżujący strach przed utratą tego, co się ma? Nawet jeśli to coś unieszczęśliwia?

Znacie, wiem.

Co zrobić wtedy? Jak zmotywować się do tego, żeby przewrócić swój świat do góry nogami? Wstrząsnąć samym sobą? Albo przynajmniej przestać odczuwać? Jak osiągnąć zen? Jak być jebanym kwiatem lotosu na tafli pierdolonego jeziora? Jak żyć?

 

Re

 

www.tapetus.pl

niedziela, 18 listopada 2012

No i stało się. Zapisałam się do szkoły marudzenia. Teraz będę mogła bezkarnie marudzić ile wlezie (w ramach ćwiczeń of cors :)). No i nauczą mnie jak marudzić w sposób profesjonalny. Mam nadzieję. 

Chcieliśmy też zapisać Kosmonautę do żłobka, ale się nie dało. Musi mieć PESEL. Jak będzie miał PESEL trzeba zaczekać jakieś 12 do 14 miesięcy, aby dowiedzieć się, czy pozytywnie przeszliśmy ostrą selekcję na bramce i zostaniemy klientami żłobka czy nie. Nasze szanse rosną, jesli już mamy w tym samym żłobku jakieś inne nasze dziecko, którego jeszcze nie mamy. Jak dobrze pójdzie Kosmonauta załapie się do żłobka tuż przed pierwszą klasą podstawówki...Yeah!

Tak na rozgrzewkę przed pierwszą lekcją w szkole marudzenia chciałam tylko zamarudzić a propos żłobkowej czarnej polskiej dupy: gdzie są do ciężkiej cholery moje podatki, dlaczego nie idą na żłobki i przedszkola, dlaczego ten kraj na każdym kroku okazuje się być dołem kloacznym i kto za to wszystko odpowiada? Ufff... od razu mi lepiej. Internet jednak ciągle daje ujście obywatelskim frustracjom i powstrzymuje ich przed wyjściem na ulicę. Podejrzane, nieprawdaż?  

 

JOL.

wtorek, 13 listopada 2012

 

Z cyklu "Jak żyć?". Dlaczego warto być wredną suką?

 

SCENA PIERWSZA

Wysłałam Halszce moje zaktualizowane cv.

Jest tam trzy foty - chodzi mi o to, żeby wybrać najlepszą. Wg mnie najmniej idiotycznie wyszłam na focie pierwszej od lewej.

Po kilku godzinach Halszka odpisała:

Rzeczywiście najmniej idiotycznie wyszłaś na tym pierwszym z lewej. To środkowe całkiem bym wykluczyła. To ostatnie - gorsze od pierwszego (ale niewiele gorsze), lepsze od środkowego. Jeśli mogę coś doradzić, to:

1) nie uśmiechaj się ;)

2) na tym pierwszym zdjęciu wyglądasz trochę jak wredna suka ;) więc bym złagodziła spojrzenie

3) z kolei na ostatnim zdjęciu mina jest całkiem ok, tylko trochę smutna, więc popracowałabym nad takim pogodniejszym wyrazem twarzy

4) to pochylenie głowy jak na 1 zdjęciu jest ok, bo masz wtedy szczuplejszą twarz :)

Odpowiedziałam:

Gadasz jak profesjonalny fotograf - mam się nie uśmiechać, ale mam być pogodna ;) Jak dla mnie chyba niewykonalne - bo zawsze na wszystkich zdjęciach do dyplomów itp. wychodziłam albo smutna albo jak ktoś by mnie pobił, więc chyba pozostanę przy wrednej suce. Chciałabym być wredną suką ;)

Halszka nie mogła się nie zgodzić:

No, bycie wredną suką jest fajne :) tak że w sumie to dobra decyzja.

 

SCENA DRUGA

Jestem u mej sąsiadki Es. Prowadzę wywód na temat zemsty: "Zemścić się, czy się nie zemścić? Oto jest pytanie".

Zemsta najlepiej smakuje na zimno, więc muszę poczekać aż wciąż żywe emocje wyciągną kopyta. Czas. Musi minąć trochę czasu. Zemsta jest słodka. Jest jak duży zimny deser lodowy z bitą śmietaną. Tylko trzeba uważać, żeby się po wszystkim nie porzygać. Żeby nie przekroczyć cienkiej granicy, gdy mściciel(ka) staje się ofiarą własnej zemsty. Po wszystkim nie chciałabym się czuć zażenowana samą sobą. Nie chciałabym stwierdzić, że to co robię, jest śmieszne. Słabe. Dziecinne. Że upadłam tak nisko. Przecież normalnie nie jestem mściwa. Przeważnie jest tak, że wolę machnąć ręką, dać spokój - przede wszystkim sobie, zignorować, pominąć, zapomnieć, pójść dalej. Tylko wiesz o co chodzi? Ludzie tego nie potrafią docenić, wręcz przeciwnie - czekają tylko, żeby to wykorzystać. Staram się być dobra, wyznaję ahinsę, nie robię krzywdy, gadam z kwiatkami. Nie mam parcia na zwycięstwo, nie jestem życiowym fajterem za wszelką cenę. Nie idę do celu po trupach, nie osiągam satysfakcji kosztem innych, a potem i tak okazuje się, że to ja jestem na straconej pozycji. Bo ktoś, komu podaję rękę, podkłada mi nogę. Chcę się zemścić, ale się boję. Boje się konsekwencji. Boję się, że mogę kogoś zranić. Boję się pomimo tego, że ja już wcześniej zostałam przez tego kogoś zraniona. Boję się pewnie, że próbując zranić kogoś, najbardziej zranię siebie...

Es wysłuchała mego monologu w skupieniu godnym samego Salomona, po czym uśmiechnęła się szeroko, klepnęła mnie w ramię i podała mi gotowe rozwiązanie rozterki:

Regina, do boju! Przecież fajnie jest być wredną suką! :)

 

EPILOG

Wredne suki mają w życiu lepiej. Wiem, bo sama kiedyś byłam wredną suką. W podstawówce. Serio. Że mała dziewczynka nie może być wredną suką? Bzdura! Przecież to właśnie dzieci potrafią być najbardziej okrutne. To dziecko z pełną premedytacją potrafi wbić sztylet w serce matki. Nie mówcie, że nie. Nie raz widziałam na własne oczy.

W podstawówce byłam gwiazdą. Byłam najlepszą uczennicą. Z wszystkich przedmiotów - łącznie z wuefem. Każdy chłopak wysyłał mi walentynkę w Walentynki, każda dziewczyna chciała siedzieć ze mną w ławce. Byłam przewodniczącą klasy. Byłam wyszczekana. Była złośliwa. Nie miałam problemu, żeby wytargać za kudły inną bezczelną smarkulę albo wypraskać po myjoku kolesia, który ośmielił się obrazić moją przyjaciółkę. Zapewne nikt mnie nie lubił, ale każdy mnie podziwiał. Każdy chciał być mną, a że nie mógł - to przynajmniej chciał być ze mną. Bo ten, kto nie był ze mną, był przeciwko mnie. A ci mieli przejebane.

A potem niestety się zakochałam. Nieszczęśliwie. Zostałam odtrącona i to odtrącenie sprawiło, że zrozumiałam, że istnieje coś takiego jak uczucia. Że każdy ma jakieś uczucia. Że każdemu czasem jest smutno. Mnie dotąd nigdy nie było smutno. Nie odczuwałam smutku ani rozczarowania, bo wszystko przychodziło mi łatwo, nie przytrafiały mi się porażki. Wtedy pierwszy raz złapałam doła. I tak to wszystko się zaczęło. Zaczęłam być dobra. Wykoncypowałam sobie, że przecież lepiej będzie, gdy inni będą mnie lubili za to, że jestem milutka i fajniutka, grzeczna, uprzejma i uczynna. Że dlatego muszę zmienić nastawienie, przebaczać i zło dobrem zwyciężać. Miałam jakieś 15 lat. Dziś zwalam wszystko na dojrzewanie i hormony.

Po kilkunastu latach bycia dobrą, grzeczną dziewczynką uświadomiłam sobie, że to głupie. Nie można wszystkim dookoła robić dobrze, a potem nagle dokonać odkrycia, że każdy pomimo tego (a w rzeczywistości właśnie dlatego) chce mnie wydymać. Czasem w przenośni, czasem dosłownie.

Ludzie w większości nie są i nigdy nie byli dobrzy. Udają takich, żeby osiągnąć pewne cele. Są obłudni. Są hipokrytami. Kłamią. Everybody lies - jak mawiał wybitny amerykański poeta, Gregory House.

Poza tym prawda jest taka, że faceci uwielbiają wredne suki. Bo one są charakterystyczne i przede wszystkim charakterne. Stanowią wyzwanie, któremu każdy samiec chciałby przynajmniej spróbować sprostać. A anioły w białych sukienkach w kolanko? One są po prostu tak doskonałe, że aż nudne. Są tak idealne, że każdy boi się ich dotknąć, żeby nie zostawić sińców na ich bladej porcelanowej skórze. A już najbardziej boją się tego, żeby samemu nie wypaść blado na ich tle. Ten kto staje do walki z ideałem, z miejsca skazany jest na porażkę.

 

Dlatego właśnie chciałabym być wredną suką. Będę wredną suką! Fajnie jest być wredną suką!

 

Re

sobota, 28 lipca 2012

 

Migreny dzień trzeci. Boję się, że głowa eksploduje mi akurat wtedy, gdy będę w kinie oglądać Batmana... A już było tak dobrze - wyleczyłam się, a raczej ktoś mnie wyleczył i z migreny i z bezsenności. Ale potem wyszło jak wyszło. A nowy lekarz cudotwórca jakoś nie chce się pojawić. Na szczęście mam do tego dystans. Staram się nie reagować histerycznie. Tylko ta głowa...

Tymczasem chudnę w oczach (i nie tylko). Z przykrością muszę się przyznać do tego, że jednak nie biegam za wiele. Bieganie jest super, tylko że... że... że... Kurczę, nie mogę się zmobilizować. Nie mogę złapać rytmu. Nie mogę wpaść w joggingowe uzależnienie.

Ale przynajmniej swoje mięśnie traktuję pasem wibrującym. Mówcie, co chcecie. Jak dla mnie - to działa!

Pasa posiadaczką jest Bebe - matka Es. U niej efekty wprawdzie są mizerne, ale to może dlatego, że masując się pasem równocześnie zjada wielką bułę lub/i tabliczkę czekolady. Cóż... przynajmniej nie tyje.

Ja zachęcona efektami, postanowiłam zaopatrzyć się w swój własny pas. Opowiedziałam o tym koleżance od fajek - zareagowała bardzo entuzjastycznie. Postanowiła włączyć się do akcji. Czy prędzej wszczęłyśmy poszukiwania na Allegro. Obecnie czekamy na naszych wibrujących cudotwórców :)

Na koniec zabawna anegdota. Jeszcze na etapie poszukiwań najlepszego produktu koleżanka napisała mi mejla:

Ale jestem matoł, wpisałam na allegro "wibrujący masażysta" i zgadnij co mi wyskoczyło: wibrujący zacisk na penisa! Ot co!!!!!!

Ale to chyba jednak bardziej propozycja dla panów... Ja natomiast natknęłam się w internecie na coś takiego:

Bardzo nieprzyzwoity przyrząd do ćwiczeń....

Osobiście jednak uważam, że najlepszym lekarstwem dosłownie na wszystko (nie tylko na migrenę i bezsenność) a przy okazji bardzo bardzo przyjemnym była, jest i będzie... miłość... Po prostu miłość.

 

Re

 


poniedziałek, 23 stycznia 2012

 

- Ej, Re - jak ty to robisz, że jesteś coraz chudsza?

- Noszę coraz wyższe buty i coraz krótsze spódnice.


Czego i Państwu życzę :)

 

Re

 

sobota, 28 maja 2011

 

Z cyklu: Jak żyć? Odcinek 3.

 

Muszę Wam wyznać, że ostatnio jest mi gorzej. Całe ta akcja z pozytwynym nastawieniem trochę mi nie wyszła, ale (sceptycy niech się wstrzymają jeszcze z triumfem) nie porzucam idei. Przynajmniej na razie. Choć mam takie dziwne wrażenie, że im bardziej się staram żyć pozytywnie, tym więcej złych rzeczy dookoła. A może to tylko kwestia ostrości? Kontrastu? Fotoszopa? 

Nie wiem.

A już było tak dobrze. Z uśmiechem witałam każdy wschód słońca. I to jeszcze przed południem! Żywiłam się sałatą, marchewką i krzakiem jałowca. Już nawet byłam zdecydowana odziać się jeno w przestwór* i spacerować tak z maseczką i miotełką nie czyniąc krzywdy żadnemu stworzeniu, oddać się ahinsie**. Jakkolwiek perwersyjnie to brzmi. 

Ale dupa.

Ogólnie to siedzę w dole. Takim, że ja pierdolę - jak mówi poeta. Wszystko, co jeszcze 2 tygodnie temu napełniłoby mnie radością i energią aż po rozdwojone końcówki moich ryżych kudłów, dziś jest "łeeee", "heee?" i "no, nie wiem".

Stany emocjonalne w fachowej literaturze charakteryzowane jako "Dno i dziecięć metrów mułu" nie są mi obce. Wręcz przeciwnie. Jesteśmy na "ty" i chodzimy razem na wódkę. Ale to, co zagnieździło się obecnie w mojej psyche jest inne, dziwne, niepokojące. Muszę to opisać na forum medycznym w najpopularnijeszym wątku zatytułowanym "Galopująca depresja Reginy".

Ale jeszcze się wstrzymam. Wcześniej sprawdzę w moim kalendarzyku-nie-małżeńskim, czy przypadkiem w najbliższym czasie nie czeka mnie najazd Indian z plemienia Navajo. Bo straciłam rachubę.

Samo życie.

 

Regina F. 

 

______________

* Odziani w przestwór

** Ahinsa

środa, 11 maja 2011

 

Bieganie naprawdę dobrze mi robi. Natomiast piwo nie, piwo szkodzi. Istnieje taka granica, a konkretnie są nią trzy browce, po przekroczeniu której Regina przestaje być sobą. Zwłaszcza następnego dnia nie jest sobą. Ale podobno to wszystko kwestia treningu, kondycji. By się zgadzało – biegam prawie codziennie, więc jestem w formie, a alkohol spożywam... nader rzadko. Generalnie, muszę Wam się zwierzyć, że prowadzę całkiem zdrowy tryb życia. Jem dużo sałaty, marchewki, płatków owsianych i piję zieloną herbatę i najwyżej dwie kawy dziennie. I oczywiście także siemię lniane, którym jestem totalnie zafascynowana. I nie, nie przeszkadza mi, że po zaparzeniu wygląda jak gluty. Gdy jeszcze w połowie dżogingu przestanę robić sobie przerwę na fajkę, a wieczorami nie będę wąchać acetonu, to już w ogóle zaczną mnie stawiać za przykład w kolorowych czasopismach typu "Samo zdrowie", "Samo życie" czy "Życie po życiu".

Ponadto zmieniłam nastawienie. I jestem mega pozytywna. Codziennie przed snem powtarzam sobie mantrę, której nauczyła mnie Mama. I wbrew pozorom mantra ta nie zaczyna się od słów „Zdrowaś Maryjo". Wygląda to mniej więcej tak. Zamykam oczy. Wdech, wydech, wdech, wydech – wiadomo. I jadę z koksem:

„Z radością i miłością żegnam ten dzień. Zapadam w głęboki sen ufając, że jutro samo zatroszczy się o siebie."

Grubo, co nie? Mam też coś na dzień dobry. Nie otwieram już oczu z „kurwą" na ustach i patrząc w lustro nie rzucam sobie w twarz, że „ja pierdolę". Teraz mówię tak:

„Jestem młoda, piękna, zdrowa, silna, sprawna, życzliwa, zrównoważona i szczęśliwa."

Mama miała też jeszcze mantrę na pieniądze, ale aktualnie nie może sobie jej przypomnieć. Pewnie dlatego wciąż ma stanowczo za niską emeryturę.

 

Regina-POTĘGA-SUKCES-POTĘGA-SUKCES-POTĘGA-SUKCES-Falangi

 

PS. I jeszcze a propos mówienia sobie różnych rzeczy. Pamiętam, jak parę lat temu oglądałam wywiad ze Stanisławą Celińską i ona wyznała, że codziennie patrząc na swoje odbicie w lustrze musi sobie powtarzać, choć to bardzo trudne, „Kocham cię, Stasiu". Od tamtej pory też często tak robię. Patrzę w lustro i mówię: „Kocham cię, Stasiu". I to działa! Od razu robi mi się weselej;)

PPS. Mama właśnie przypomniała sobie mantrę na pieniądze! Leci tak:

„Chętnie witam pieniądze. Lubię je. Korzystam z nich mądrze, z namysłem i w dobrych celach. Wydaję pieniądze garściami, a wracają do mnie przedziwnie pomnożone. Pieniądze to rzecz dobra, nawet bardzo dobra. Jestem więc wdzięczna za moje materialne i duchowe skarby."

Mam zajebistą Mamę, wiem :) 

 

piątek, 25 marca 2011

 

Żyj nam kolejne 26 lat, droga Jolanto! I żebyś odtąd każdego dnia na śniadanie dostawała tylko takie gorące Karpiel-Bułeczki!:)

 

Dziś Sebastian śpiewa wyłącznie dla Ciebie i do Ciebie!

 

Regina

 

poniedziałek, 08 listopada 2010
sobota, 10 lipca 2010

Czego nigdy, ale to przenigdy, nie powinienies mówić swojej przyszłej/obecnej/potencjalnej żonie:

Z tobą mogę się spotkać codziennie, a przerzucać siano mogę tylko dziś.

Otóż to niepozorne zdawałoby się zdanko, jest w stanie z przemiłej, wyrozumiałej, uśmiechniętej, bewzględnie inteligentnej, uroczej, ślicznej, seksownej itd przyszłej/obecnej/potencjalnej zony zrobić wściekłego, krzyczącego, złośliwego, toczącego pianę, dyszącego potwora z alei bagiennej, gotowego rozerwać cię na strzępy, niezależnie od tego, co innego powiesz po wypowiedzeniu tej frazy.

 Siano? Przerzucać? Że co? Co robic? Ee..? Err...?

No i taak. Poniewaz mój przyszły niedoszły mąż pojechał przerzucać siano, ja pojdę z koleżankami na mecz i piwko do pubu. A co!

 

JOL.

Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl